Krytycznie o GRACH ~i nie tylko...~
Kategorie: Wszystkie | donosy | opinie/recenzje/wrażenia | prywatniej | słowo od misia
RSS
niedziela, 25 kwietnia 2010
DEMONSTRATOR: The Whispered World

TWW swoją premierą miało już w sierpniu 2009 i dopiero teraz doczekaliśmy się światowego, anglojęzycznego wydania. Primo: zabieg całkiem typowy dla naszych zachodnich sąsiadów, secondo: nie zmienia to faktu, iż roczny poślizg to nie byle pierdnięcie. No, ale nie narzekajmy i cieszmy się, że w ogóle dożyliśmy angielskiej edycji. „Wyszeptany Świat” to najklasyczniejszy z przedstawicieli przygodówek point&click. Ciężko doszukiwać się tutaj jakichkolwiek innowacji (z jednej strony to dobrze – fani gatunku będą zadowoleni), fajnym pomysłem nazwać można, co najwyżej Spota – małego towarzysza głównego bohatera: gąsienicę potrafiącą przyjmować kilka różnych kształtów (w demie: dwa) i zależności od nich otrzymywać odpowiednie możliwości działania. Demo, jak to demo – długie nie jest. Jeśli dobrze liczę to oferuje siedem ekranów, co przekłada się na max. 1h gry dla mało wprawionego czy też powolnego gracza. Elementem najbardziej rzucającym się w oczy jest ogólna oprawa gry: poczynając od designu, klimatu, muzyki, aż po świetną, ręcznie rysowaną grafikę i naprawdę przyzwoity dubbing! Pierwszą z rzeczy, która mnie osobiście najbardziej razi jest rozdzielczość – dlaczego twórcy przygodówek ciągle usilnie tkwią w rozdziałkach sprzed kilku lat? Mamy XXI wiek, te świetne tła i rysunki postaci aż proszą się o full HD! Nie, czego ja wymagam, przecież 1024x768 wystarczy, heh… Drugim mankamentem są animacje, które także zostały żywcem wyciągnięte z poprzedniej epoki. Jest ich niewiele i składają się z bardzo małej liczby klatek. Najbardziej daje to po oczach podczas rozmów: obserwujemy wówczas zapętlone, składające się z kilku klateczek, „kłapanie” postaci. Synchronizacja? Bardziej złożona mimika? Zapomnijcie. Psuje to troszkę ogólny efekt: grafika jest piękna, ale… wszystko porusza się mało wyrafinowanie. TWW zrobił jednak na mnie naprawdę niezłe wrażenie: miły klimat, sympatyczny bohater (Sadwick) itd. Poziom trudności nie należy do najwyższych, ale zrzucam to na barki faktu, iż miałem do czynienia z samym początkiem przygody. Troszeczkę się rozczarowałem, ale nie jest źle, gdyż rozczarowanie dotyczy właściwie tylko kilku elementów oprawy wizualnej. Czekam na polską wersję językową i polskie wydanie. IQ Publishing? Niecałe 50zł za ten tytuł w „The Adventure Collection” byłoby do zaakceptowania, cena The Whispered World na przeróżnych platformach dystrybucji sieciowej jest nieprzyzwoicie wysoka.

WYMAGANIA SPRZĘTOWE: Same w sobie nie są wysokie, ale możemy się zastanawiać czy adekwatne do oprawy. Twórcy spieprzyli jednak długości ładowania: przechodzenie do kolejnej lokacji, czy nawet czasami włączenie menu, zabiera zdecydowanie zbyt wiele czasu.

poniedziałek, 01 lutego 2010
RANKING: cRPG i stwory pokrewne

Gdzieś z miesiąc temu skończyłem przygodę z pierwszym Baldur’s Gate’m i choć muszę przyznać, że był to czas ogólnie miło spędzony, muszę także stwierdzić, iż kompletnie nie rozumiem powszechnej gloryfikacji tego tytułu. OK, „Wrota” to pozycja nad wszech miar „fajna”, niemniej daleka od ideału czy też „najlepszego cRPGa wszechczasów”. Rok wcześniej mieliśmy okazję pograć w Fallouta, w tym samym roku, co BG światło dzienne ujrzała druga część post-apokaliptycznej serii, patrząc na te gry bardzo szybko dochodzimy do wniosku, iż Baldur’s Gate jest przeraźliwie jednowymiarowy i stosunkowo, ekhm… płaski. Mam wrażenie, iż dzieło Bioware – zwłaszcza w porównaniu z grami Black Isle – jedną nogą siedzi jeszcze w epoce „dungeon crawlerów”: grind, expienie i „chajda na wroga!”.  Mnóstwo walki i bardzo mało treści: dialogów, questów, przepełnionego konkretami świata. Owszem, walka jest bardzo dobra, klimat jest całkiem gęsty, ale… rozgrywka jest dosyć mało urozmaicona: godzinka – świetnie!, dwie – jeszcze da się!, trzecia? – nie, dziękuję, robię przerwę :). W obranej konwencji Baldur’s Gate się broni i daje całkiem sporo, na tym niestety kończy się piękno tej gry. W moim osobistym rankingu tytuł ląduje gdzieś w środku zestawienia, jako gra „dobra”.

Bluźnię? Mówcie, co chcecie, ale aktualnie „z rozpędu” wskoczyłem w drugą odsłonę sagi. JEST ŚWIETNIE. W końcu dialogi nie są tak lakoniczne, lokacje są bogatsze, questów jest w końcu satysfakcjonująca ilość, no i – co bardzo ważne – towarzysze, którzy może i w zaskryptowany sposób, ale w końcu żyją! BG2 to prawdziwe cRPGowe mięcho (pomijam, iż grafika jest nieporównywalnie lepsza od poprzedniczki, wg mnie jest po prostu bardzo dobra – coś na poziomie P:Torment), to gra, którą powinna już być poprzedniczka. Podwaliny te same, ale tym razem na ich bazie zbudowano konkretną konstrukcję. Gram dalej i muszę powiedzieć, iż BG2 na mojej liście wyląduje na pewno wyżej niż BG1, chyba, że stanie się coś niespodziewanego i w pewnym momencie poziom gry zacznie drastycznie spadać ;).

 

01. Fallout 2 9/10 [cRPG]
02. Fallout 9/10 [cRPG]
03. Planescape: Torment   
9/10 [cRPG]
04. Arcanum: oS&MO   
9-/10 [cRPG]
05. Drakensang      
7+/10 [cRPG]
06. Wiedźmin          
7+/10
[cRPG/h&s]
07. Gothic          
7+/10
[action-RPG]
08. Baldur's Gate + OzWM 7/10 [cRPG]
08. Divine Divinity 7/10 [cRPG/h&s]
09. Mass Effect       
7-/10 [action-RPG/TPS]
10. Fallout 3 7-/10 [action-RPG/FPS]
11. Fable 6+/10 [action-RPG/arcade]
12. TES4: Oblivion 5/10 [action-RPG/slasher]
13. Two Worlds 3+/10 [action-RPG]

 

czwartek, 08 października 2009
DEMONSTRATOR: Machinarium i Majesty 2

MACHINARIUM

Machniarium to jedna z bardziej oczekiwanych przez mnie gier najbliższych kilku miesięcy. Przyznać muszę, iż demo tego tytułu niespecjalnie zmieniło ten stan rzeczy – ani ciśnienie nie podskoczyło mi o kilka dodatkowych stopni, ani gra mnie do siebie nie zraziła, ot – zobaczyłem po prostu z bliska to, czym urzekały wcześniej udostępniane materiały z gry (filmiki i screeny): przyjemną grafikę, sympatyczną animację, klimatyczną muzykę i interesujący styl. Dodam tylko, iż zszokował mnie nieco fakt, że gra jest tak naprawdę zrealizowana we… flashu. Odpalana przez nas aplikacja z demem zwyczajnie wczytuje odpowiednią „animację flash” – wystarczy kliknąć prawym przyciskiem myszy, aby zobaczyć typowe windowsowe menu kontekstowe z typowo flashowymi pozycjami. Jedynie, do czego mam rzeczywiste zastrzeżenia to sterowanie: gra nie korzysta z żadnych skrótów klawiszowych (naciśnijcie esc – szok! nic się nie dzieje! ;D), animacji nie można przerywać itp. (jeśli wydamy jakiś rozkaz naszemu robocikowi, w tym chociażby wskażemy miejsce gdzie ma się udać, nie będzie się dało tego przerwać czy chociażby przyśpieszyć). O gameplayu trudno cos powiedzieć – wersja demonstracyjna to 3 ekrany wystarczające na maksymalnie 10-15 minut gry.

WYMAGANIA SPRZĘTOWE: Co to za pytanie? Jakie wymagania sprzętowe? ;D

-----------------------------------

MAJESTY 2

Jeśli chodzi o pierwszą odsłonę gry to nie byłem jej maniakiem czy chociażby fanem, ale – co tu ukrywać – tytuł wzbudzał u mnie jakąś taką bliżej nieokreśloną sympatię i… hmm… szacunek :). W drugiej części gry, choć wzięli się za nią kompletnie inni autorzy niż twórcy oryginału, czuć, że mamy do czynienia z tym samym starym „Kingdom Simem”, ale… wszędzie poza stylem graficznym. Potwierdził to mój kolega – wyjadacz i smakosz w temacie „jedynki”, który na dodatek dodał, że nie widzi tu tego „czegoś”, że wolałby już chyba sięgnąć ponownie po wcześniejszą część niż zagrać w M2. Dla mnie demo prezentuje się OK, choć popieram lekkie niezadowolenie w temacie obranej „kreski” w stylu graficznym (brakuje mi tych charakterystycznych portretów postaci). Wersja testowa daje nam możliwość zapoznania się z tutorialem i jedną misją, w której to musimy obronić zamek przez określoną ilość dni. Muszę stwierdzić, że poziom trudności jest tutaj całkiem widoczny i przyznam się, że… nie ukończyłem tego zadania :) (prawda jest jednak taka, że nie próbowałem się nawet wyginać aby to uczynić). Drobne zastrzeżenia mam do manipulowania kamerą – odbywa się to w dosyć niewygodny sposób, do tego dochodzą bardzo małe możliwości o oddalaniu widoku. Jest dobrze, ale demo Majesty 2 nie przekonało mnie do natychmiastowego wybiegnięcia z domu w kierunku najbliższego sklepu (na ten moment mam ważniejsze priorytety).

WYMAGANIA SPRZĘTOWE: C2D 2.4, 2GB z 8800GT łyka tytuł bez zająknięcia, i to po „podbiciu” grafiki w panelu nVidii.

piątek, 02 października 2009
TAKA NIBY RECENZJA: Velvet Assassin

 

VA LOGO

Velvet Assassin na długo jeszcze przed właściwą premierą został przez media branżowe osądzony i skazany. Nie chcę tutaj bynajmniej „Aksamitnej Morderczyni” bronić, gdyż daleko jej do gry wybitnej czy nawet „solidnie dobrej”, ale… nie jest to gra, którą należałoby zakopać 50 metrów pod ziemią, gdzieś obok nośników z… E.T. ;).

VA to gra z gatunku „stealth”, w naszym kraju określanym mianem „skradanek”. Najkrócej mówiąc chodzi o to, aby misje wykonywać jak najciszej, przemykając za przeciwnikami, wykańczając ich po cichu czy wręcz starając się nie przelewać wrogiej krwi w ogóle. Hitman, Metal Gear Solid, Thief i tym podobna familia.

Najczęstszym zarzutem wobec Velvet Assassin jest rzekoma siermiężność i surowość rozgrywki oraz jej zbyt wysoki poziom trudności. Jak dla mnie są to raczej zalety (zwłaszcza drugi punkt). Osobiście nie określiłbym przygód panny Summer mianem „arcytrudnych”, ale – co trzeba przyznać – poziom trudności jest rzeczywiście zauważalny. Rzeczywistym problemem pozycji jest nie tyle owa trudność misji/rozgrywki, co nieszczęśliwy, nie adekwatny do jej wysokości, system… zapisu stanu gry. Nie ma ręcznego save’owania, postawiono tutaj na typowo konsolowe rozwiązanie: checkpointy i występujące w ich miejscach autosave’y. Dobra, niech już i tak będzie, ale dlaczegoż to owe punkty kontrolne są tak porozstrzelane? Podchodzenie do danego fragmentu po raz drugi czy trzeci nie przeszkadza specjalnie, ale przedzieranie się przez 1/4 mapy, dziesiąty raz z kolei, po to, aby pod koniec popełnić jeden mały błąd, co owocuje powtarzaniem całego ogromnego wycinku ponownie, delikatnie mówiąc wnerwia. Dla mnie gra mogłaby być nawet trudniejsza, ale system zapisu obowiązkowo prosi się o wymianę.

Sterowanie jest nieco toporne, to trzeba przyznać. Podobnie wygląda sprawa ze swobodą ruchu – coś takiego tutaj nie istnieje. Wspiąć możemy się tylko tam gdzie przewidzieli to twórcy, przeskoczyć możemy tylko tę przeszkodę, którą autorzy zezwolą nam przeskoczyć etc. (brak tutaj regularnego skakania czy wspinania się) Misje są liniowe, ale na szczęście gracz otrzymuje w połowie sytuacji możliwość wyboru sposobu przejścia danego etapu. Część wynika z samej mechaniki rozgrywki, część z projektu poziomów. Wachlarz możliwości nie powala, ale daje pewne pole do popisu. Sami Niemcy z kolei to… zwyczajni imbecyle. Ich reakcje są bardzo ograniczone: nie każdy dźwięk ich interesuje, nagłe zniknięcie towarzysza nie wzbudza podejrzeń, otwierająca się nagle drzwi nie przykuwają uwagi, tak samo… rzucany przez bohaterkę cień. Powiedzmy sobie jednak szczerze, gdyby oponenci reagowali jednak w sposób „realistyczny” to… VA byłby kompletnie niegrywany z powodu przesadzonego poziomu trudności ;) (przypominam, że dla niektórych już teraz jest „za trudno”).

Na pewną uwagę w Velvet Assassin zasługuje sposób ukazania świata i fabuła. Opowieść jest dziurawa, poszarpana, nieczytelna, niedoszlifowana, sprawia wrażenie pośpiesznie napisanej i sklejonej, ale… ma w sobie coś intrygującego. Spory potencjał. Zmarnowany, ale taki, na który warto rzucić okiem. Grafika utrzymana jest w ciemnych i ponurych tonach, a kolorystyka jest nienaturalna – przypomina to nieco… stylistykę horroru, nawet niemieccy żołnierze ze swoją bladą skórą przypominają jakichś wysłanników z zaświatów. Całkiem sugestywna jest misja w warszawskim getcie (tak!), gdzie na ulicach stoją powyrzucane meble, a między nimi leżą zwłoki pomordowanych cywili, w tym dzieci. Podobnie sprawa wygląda z płonącym kościołem pełnym ludzi. Sama fabuła jest dość dziwna. To, co obserwujemy na ekranie tak naprawdę jest snem/retrospekcją głównej bohaterki (brytyjskiej agentki – Violetty Summer), która leży ciężko ranna we francuskim szpitalu. „Magiczny efekt” zażycia morfiny (spowolnienie czasu, bohaterka staje się niezauważalna – wg mnie troszkę tutaj przesadzono) z kolei jest wynikiem… majaków bohaterki nawiedzających ją podczas ataków maligny (wtedy to pielęgniarka wstrzykuje bohaterce morfinę). Twórcy starali się jakoś zaaplikować do gry „nadprzyrodzone elementy” i w jakiś rozsądny sposób je wytłumaczyć, niby się im udało, ale wg mnie i tak kupy się to zbytnio nie trzyma…

„Aksamitna Morderczyni” wad nie jest pozbawiona, ale jeśli uda nam się przymknąć oko chociażby na poroniony system checkpointów, można z niej czerpać całkiem sporo przyjemności. Muszę przyznać, iż tytuł dał mi, co nieco satysfakcjonującej rozrywki. VA to „dobry przeciętniak”, „solidny średniak”, gra nie do końca udana, ale i tak ciesząca. Czy warto ją jednak kupić? Ciężko powiedzieć, jeśli jednak uda wam się dorwać gdzieś kopię do 30zł to można się zastanowić nad zakupem („normalna” cena gry to ok. 50-60zł).

WYMAGANIA SPRZĘTOWE: Mój sprzęt łyknął grę bez problemu przy max. ustawieniach, co więcej: nawet „ręcznie” podkręciłem grafikę tu i tam przy pomocy panelu nVidii, wszystko bez utraty wydajności. Eksperymentalnie uruchomiłem tytuł także na moim laptopie (A64X2 2.1, 3GB/800, HD4570/512, Vista) gdzie pozycja, wprawdzie w minimalnych detalach, ale śmiga aż miło (i nie najgorzej wygląda).

-----------------------------------------

+ całkiem niezła grafika
+ widoczny poziom trudności (przedarcie się przez niektóre fragmenty jest całkiem satysfakcjonujące)
+ gra jest liniowa, ale daje pewną (choć ciągle nie do końca zadowalającą) dowolność w sposobach eliminacji wrogów (dobre chociaż i to)
+ w pewnym sensie fabuła, może i potencjał troszkę zmarnowano, ale można dostrzec w niej próby wykrzesania "tego czegoś", do tego dochodzi jeszcze nietypowe potraktowanie klimatu, specyficzny 'setting'
+ eeee, nooo... oooo... główna bohaterka coś w sobie ma ;), przynajmniej wizualnie bo w mowie i obyciu jest troszkę oschła ;D
+ wyraźny polski akcent: misja w warszawskim gettcie, polscy agenci etc.
+ taka mała drobnostka: gra nie wymaga do działania płyty w napędzie ;P

- pewne "niedorowzinięcia" w sterowaniu, np. walka wręcz nożem zrealizowana tak jak przy... strzelaniu, do tego dochodzi zbytnie jego "skonsolowienie" (gdzie obsługa myszki w menusach???)
- upośledzony system zapisu gry: mamy jedynie checkpointy, pal licho typowo konsolowe rozwiązanie, najgorsze jest to, iż są one rozmieszczone nieprzyzwoicie rzadko!
- dosyć rzadko umieszczone checkpointy + brak ręcznego zapisu stanu gry + poziom trudności = może to czasami powodować lekką frustrację i to nawet u bardziej hardcore'owych graczy (przechodzenie któryś-raz-z-kolei kilku kolejnych pomieszczeń, bo w międzyczasie nigdzie nie było checkpointa itp.)
- z poziomem trudności jest różnie, ogólnie choć całkiem "wysoki" to zbyt często natrafiamy na prostackie momenty
- inteligencja przeciwników, a raczej jej brak, np. nie reagują na dosyć oczywiste rzeczy w stylu padającego cienia (!), otwieranych drzwi (!), znikającego nagle towarzysza (!) czy... stęknięć głównej bohaterki (przy - weźmy na to - przeskakiwaniu przez ogrodzenie)
- ograniczone i "sztywne" sterowanie pozbawione swobody ruchu i decyzji
- ogromna liniowość
- nieco szarpana narracja, fabuła wygląda troszkę jak sklejone pośpiesznie, luźne elementy, całej historii brakuje jakiegoś celu, a finałowi... finału :)
- niezbyt satysfakcjonująca muzyka i średni lektorzy (niemieccy żołnierze mówią chyba ciągle tymi samymi dwoma głosami :/)
- raczej niezbyt długa rozgrywka: gra składa się z 12 misji, co, wliczając powtórki i kilkukrotne podejścia, starcza na ok. 15h grania (no może max. 20h, zwłaszcza jeśli chcemy wykręcić najlepszy wynik czy odnaleźć wszystkie znajdźki)
- morfina: zbyt duże ułatwienie, zwłaszcza, jeżeli rozwiniemy bardziej tą umiejętność
- ostatnia misja, która w 95% opiera się na zwykłej wyrzynce i strzelance (chodzi raczej o gameplay niż klimat)
- brak polskiej wersji językowej: minus dla TopWare
- kilka drobiazgów: co niektóre tekstury nie grzeszą rozdzielczością (choć rzadko to się rzuca w oczy); brak mimiki czy gestykulacji u postaci (co troszkę "udrewnia" sceny, w których np. rozmawiają przeciwnicy); jeśli chodzi o pady to tytuł obsługuje jedynie gamepada do Xboxa360 (można to jednak obejść używając stosownych emulatorów); "rozpoznawanie, że nie jesteśmy SS-manką" kiedy nasza bohaterka nosi niemiecki mundur, działa także w... "pionie", przez co możemy być wykryci także przez kogoś kto... stoi nad nami (np. na kładce) lub... pod nami :D - rodzi to dosyć dziwaczne sytuacje i niepotrzebnie utrudnia grę;

-----------------------------------------

OCENA: 6/10

poniedziałek, 17 sierpnia 2009
DEMONSTRATOR: Call of Juarez - Więzy Krwi, Batman - Arkham Asylum

Nie zawsze mam czas i chęci grania w każdą najnowszą grę - "największe hiciory" zresztą jakoś przesadnie mnie nie pociągają, niemniej sprawdzenie wersji demonstracyjnej takiego tytułu nikomu nie zaszkodzi: jest darmowe, zajmuje chwilę, pozwoli rozeznać się ile jeszcze siły ma nasz sprzęt ;), a czasami daje nam nawet możliwość trafienia na coś ciekawego...

------------------------------------

CALL OF JUAREZ: WIĘZY KRWI

Po ukończeniu dema słyszymy głos Raya mówiący nam, że najbardziej liczą się pierwsze wrażenia i muszę niestety z przykrością stwierdzić, iż demo CoJ-a nie wywarło na mnie praktycznie… żadnego wrażenia. Grafika całkiem ładna, dubbing niezły, muzyka nieźle rokuje etc., ale powiedzmy sobie szczerze: to kolejna gra akcji – ot, zwykła strzelanka. Mnie to jakoś nie rusza. Być może takowego stanu rzeczy należy doszukiwać się w fakcie, iż 10-20 minut gry (na tyle starcza demo, z oglądaniem cut-scenek) to zbyt mało, aby „wejść w grę”. Nie będę zaprzeczać, wszystko możliwe. Nie wiem, z którego fragmentu gry pochodzi etap znajdujący się w demie (ale nie jest to sam początek rozgrywki), nie wiem też na ile został on przerobiony i przebalansowany na jego potrzeby, ale jest… straszliwie prosty. Przedarcie się przez całe demko nie daje praktycznie żadnej satysfakcji. Ginąć zdarzało mi się tylko przy pierwszym podejściu, kiedy jeszcze nie "skumałem zasad" (mówiąc przesadnie), przy drugim razie, z podwyższeniem stopnia trudności na maksymalny, szło jak z płatka. I to bez używania trybu koncentracji, z nim jest jeszcze prościej. Winna być może jest tutaj częściowo regeneracja życia: kiedy słyszymy sapanie Raya, a ekran zaczynam nam czerwienieć to wystarczy tylko skoczyć gdzieś za winkiel i przeczekać kilka sekund, potem pakujemy się ponownie w wir akcji. W pełni sił, heh.

Gdybym miał możliwość przebadania tytułu nieodpłatnie (czy to u kumpla, czy dzięki np. kopii wygranej w konkursie ;)) to na pewno bym to uczynił, kupować go jednak nie mam najmniejszego zamiaru (tym bardziej przy całej stówie za nieprzyzwoite 5-10h zabawy). Sorry Winnetou, tzn. Techlandzie drogi.

WYMAGANIA SPRZĘTOWE: Początkowo się ich obawiałem, ale okazało się, że przy 1280x1024 i ustawieniach (wszystkich!) danych na poziom maksymalny gra śmiga aż miło. Nie jest źle. Dla przypomnienia: mam C2D 2.4, 2GB/CL4/800, 8800GT 512MB.

-----------------------------------

BATMAN: ARKHAM ASYLUM

Napakowany pajac biegający po mieście w lateksowym wdzianku, z rogami na głowie… Kiedyś zastanawiałem się nad genezą debilizmu superbohaterów, ale nigdy nie udawało mi się dojść do żadnych sensownych wniosków… Tak czy siak wcale nie przeszkodziło mi to w zassaniu demka najnowszej gry z przygodami człowieka-nietoperza i jego przetestowaniu.

W demie B:AA najlepsza jest filmowość, dobrzy lektorzy (Hamill jako Joker – pokłon!), fajne ujęcia i spora widowiskowość, czyli… to co nie czyni samo w sobie dobrej gry :D. Gameplay Batmana budzi dosyć mieszane uczucia: działa na zasadzie "masz wszystko na tacy", jest do bólu uproszczony i zautomatyzowany. 3/4 rozgrywki polega na naciśnięciu jednego przycisku w danym momencie i oglądania jak wszystko dalej się samo dzieje… Gracz do dyspozycji ma tzw. "tryb detektywistyczny", w którym widzi wszystko: od przeciwników po miejsca, na które można się wspiąć. Zgubić się nie da. Nie trzeba nawet celować, wystarczy tylko się mniej-więcej obrócić w wybranym kierunku i naciśnięciem danego przycisku przetransportować bohatera na winkiel czy… rozkazać mu skoczyć na 30 metrów w stronę oponenta i solidnym kopniakiem ogłuszyć go. Automatycznie :/. Rodzi to też dosyć dziwaczne i niewygodne sytuacje, np. siedzimy sobie na gargulcu wypatrując wrogów, jeden się zbliża, chcielibyśmy go ogłuszyć, ale… nie da się, musimy czekać aż pojawi się odpowiednie info, które powiem nam, że mamy teraz możliwość skoku. Raz ją mamy, raz nie, nie mam pojęcia, na jakim algorytmie jest to oparte, nierzadko nie możemy naskoczyć na perfidnie wręcz odsłoniętego wroga, kiedy indziej da się przelecieć przez pół lokacji. Jeżeli gracz chciałby "ręcznie" zeskoczyć w kierunku przeciwnika i w locie naciskając odpowiedni przycisk "zapuścić kopa" to musi się obejść smakiem – nie da się! Sterowanie jest bardzo ograniczone, nie daje pełnej wolności, czujemy się troszkę jak małpa, która naciska odpowiedni guzik wtedy, kiedy jej każą… Z drugiej strony w demie dostępny jest fragment w dużej hali gdzie mamy wyeliminować paru oponentów, ukazujący nam, że… wcale nie jest z tym gameplayem tak źle. Okazuje się, że o ile walka wręcz z przeciwnikami jest strasznie prosta to starcia ze sługusami Jokera uzbrojonymi w broń palną może sprawiać problemy. Dwóch/trzech wrogów z karabinami + Batman = martwy nietoperz. Gra zmusza do unikania bezpośrednich starć z większymi grupami i zabawy w wykańczanie wrogów po kolei, troszkę jak w skradankach. Etap ten do trudnych nie należy, ale daje nam nadzieję, że pomimo ograniczonego sterowania, przy odpowiednim designie poziomów, gra może nie być wcale taka prostacko łatwa…

WYMAGANIA SPRZĘTOWE: Przyznać muszę, iż po uruchomieniu tytułu w "maksymalnie maksymalnych" detalach okazało się, iż przeraźliwie, niedopuszczalnie wręcz, żabkuje. Troszkę zadrżałem. Na szczęście wyłączenie jednego (słownie: JEDNEGO) specjalnego efektu, który nie-wiem-co-robi, związanego z cieniami, równoznaczne jest z uruchomieniem trybu "ultra płynnego" ;). Asekuracyjnie zmniejszyłem też nieco AA i… w cholerę nie wiem w czym pogorszyła się grafika, wszystko wyglądało wg mnie ciągle dobrze, niemalże identycznie. W takim razie z wymaganiami tak straszliwie nie jest.

środa, 15 kwietnia 2009
TAKA NIBY RECENZJA: Fahrenheit


Od czasu do czasu skrobnę jakąś "recenzję" - taką jak właśnie ta. "Recenzję" bo regularną recenzją trudno będzie to nazwać. Ot, taki zbiór przemyśleń i opinii prawdopodobnie podparty wypunktowanymi zaletami i wadami gry. Przy obcowaniu z każdym tytułem takową listę zawsze sobie sporządzam więc z umieszczeniem jej problemu nie będzie ;D. Tekst będzie raczej "średnio-krótki", chyba, że wyjątkowo najdzie mnie ochota na pisanie a to zdarzy się raczej wówczas tylko wtedy, gdy gra będzie wyjątkowa dobra lub... kiepska ;). Na pierwszy ogień idzie Fahrenheit, po którego sięgnąłem dzięki rekomendacji mojego przyjaciela.

[ ostrzegam: styl bardzo luźny! pisząc przeważnie zastanawiam się dziesięciokrotnie nad kształtem każego zdania, tym razem postanowiłem pójść "na żywioł" inaczej napisanie tego tekstu zajęłoby mi pewnie z 1.5h ;P ]

"Rozczarowanie" to najlepsze słowo opisujące moje wrażenia. Szumne zapowiedzi o wspaniałej przygodówce, rewolucji w gatunku itp. okazały się tylko i jedynie zapowiedziami. Mój znajomy, wspomniany wcześniej, przestrzegał mnie, że z tą "rewolucją" jest coś nie tak, ale nie spodziewałem się, iż jest aż tak źle. Jedną z najważniejszych wad tytułu jest gameplay, a raczej jego strzępki. Cała rozgrywka polega na... chodzeniu i wykonywaniu pewnych akcji po to żeby... zamknąć scenę i przejść do następnej. Tylko tyle, robimy to dla samego robienia, nie ma wyzwań, zagadek, łamigłówek (może z dwa/trzy rozdziały wymagają jakiegoś tam "pomyślunku"). Wszystko dość często przerywane jest wstawkami zręcznościowymi i to BARDZO kiepskimi. Polegają one ogólnie na nawalaniu klawiszy kierunkowych "lewo" i "prawo" (sic!) lub (częściej) wciskaniu odpowiednich klawiszy w odpowiednim momencie (na zasadzie "powtarzaj za mną"). Rozgrywka leży na całości i chciałoby się, aby fabuła była na tyle interesująca aby przykuć do monitora. Niestety tak nie jest. Opowieść zaczyna się ciekawie, ale im dalej w las to jest coraz gorzej. Nie dajcie się zmylić: to nie jest thriller psychologiczny a fantastyczna bajeczka o potężnych mocach, prorokach i ratowaniu świata. Raczej średnia bajeczka. Kiedy gameplay jest niesatysfakcjonujący i fabuła także to grze niestety nic nie jest już w stanie pomóc. Tak przynajmniej myślałem do czasu spotkania z Fahrenheitem. To "coś" wprawdzie nie wyciąga gry z "doła", ale pozostawia bardzo dobre wrażenie na całości. Akcję w tytule obserwujemy z kilku ujęć (jesteśmy ściganym i ścigającymi) co jest rozwiązaniem bardzo ciekawym. Najbardziej podoba mi się jednak pokazywanie codziennych zajęć bohaterów, ich problemów prywatnych itp. - bardzo ambitne podejście jak na grę komputerową. O ile główna oś fabularna kuleje to cała otoczka jest intrygująca. W grze najlepsze są wątki poboczne i Ci bohaterowie, którzy nie są tym "jedynym głównym" (bo taki właściwie jest, ten wokół którego kręci się cała historia). Fahrenheit to ogólnie film interaktywny przerywany elementami zręcznościowymi, jako przygodówka wypada kiepsko, jako całość to raczej regres niż rzeczywisty postęp. Dla mnie sama filmowość tytułu nie czyni z niego od razu pozycji wybitnej. Mogło być dobrze, potencjał twórcy mają, ale z umiejętnością jego wykorzystania jest już gorzej. Wyszła taka gra "dla wszystkich" i jednocześnie "nie wiadomo dla kogo". Gra bez gameplayu (formy) - OK, ale wtedy musi ona oferować ciekawą treść. Tutaj jej nie ma, jest tylko kilka niezłych środków.

-----------------------------------------


+ całkiem fajne postaci
+ dobra oprawa audio (w tym: muzyka i lektorzy)
+ ciekawy pomysł z pokazywaniem codziennych czynności wykonywanych przez postaci, poruszaniem ich prywatnych spraw, problemów itp.
+ klimat i częściowo fabuła - w grze tkwi ogromny potencjał, ale...
+ rozdziały z Carlą i Taylorem
+ pomysł z miernikiem stanu psychicznego (sama idea)
+ sterujemy kilkoma postaciami, obserwujemy akcję z kilku ujęć

- niewykorzystany potencjał, aż boli...
- grafika dzisiaj lekko trąci myszką (ale tragedii nie ma :))
- niewygodne, do tego niepotrzebnie udziwnione, sterowanie + "przyjazna" kamera
- niepotrzebne elementy zręcznościowe, czasówki i - pozbawione jakiegokolwiek głębszego sensu - prostackie wręcz momenty "lewo-prawo-nawalaj-w-klawisze"
- liniowo do bólu
- krótka
- fabuła, w połowie, co bardzo negatywnie odbija się na odbiorze całości
- większość rozdziałów z Lucasem
- parę naprawdę straszliwie słabych momentów jak [spoiler]"atak robali", "hiper-przeciąg", "starcie na dachu" czy finałowa walka[/spoiler], mnóstwo tanich chwytów
- mało gry w grze: po sznurku do kłębka, prosto, zero wyzwań (oprócz bezsensownych wstawek zręcznościowych), gra prosta jak budowa cepa... właściwie: interaktywny film przerywany słabymi minigrami
- kilka drobiazgów: brak możliwości pominięcia części animacji; miernik stanu psychicznego - fajna sprawa, ale... co to w ogóle robi? (bajer dla bajeru); częsty problem z "wycelowaniem" w obiekt, na którym chcemy dokonać jakiejś akcji

-----------------------------------------

OCENA: 6+/10
RAPORT Z GRANIA: Baldur

 

Jak pisałem wcześniej wziąłem się ostatnio za Baldur's Gate z dodatkiem "Opowieści z Wybrzeża Mieczy". Tak, pierwszy raz. Możecie mnie z ziemią zrównać, i słusznie ;).

Niestety muszę stwierdzić, że - jak na razie - gra wzbudza we mnie bardzo mieszane uczucia. Nie, nie jest źle, ale jest aż za bardzo neutralnie. W każdy tytuł trzeba najpierw "wejść", wymaga to nieco czasu, ale w przypadku BG ten czas jest niepokojąco długi. W tej chwili łatwiej wymienić mi jest wady gry niż jej wyraźne zalety. Przy okazji grania w każdy tytuł robię sobie "na brudno" listę jego plusów i minusów (nierzadko bardzo szczegółową), przy BG tych drugich już co nieco jest, z pierwszych... jeden - muzyka. Razi lakoniczność dialogów, zadania typu "zabij stwora - przynieś naszyjnik z jego wora" a najbardziej... dziennik. Kur&%^$, nie ma quest loga, spisu zadań! Agrhhhh!!!!

Nie odkładam Baldursa, nic z tych rzeczy. Próbuję dalej, zresztą na dobrą sprawę całość mnie nie odrzuca czyli... nie musi to wcale znaczyć, że jest źle (wiem z doświadczenia ;)). Często spotykam się z opiniami, iż pierwsze BG prze-wybitne nie jest i dopiero druga odsłona jest "TYM Baldursem", a w I część warto zagrać tylko po to aby czerpać większą przyjemność z "dwójki" i mieć lepsze "wejście".

środa, 08 kwietnia 2009
RANKING: cRPG i stwory pokrewne

Jako, że cPRGi to najbliższe memu sercu podwórko, pozwoliłem sobie na przedsatwienie osobistego rankingu gier z tego gatunku. Żeby nie było za biednie ująłem w nim również wszystkie około-cRPGowe hybrydy, dziwadła i pokraki, w tym wszelakie tzw. action-RPGi czy też mieszanki gier zręcznościowych z RPG itp.

Jak widać w zestawieniu brakuje obu Baldur's Gate'ów czy choćby Neverwinter Nightsów. BG jakoś tak mnie w życiu ominęło, miałem nieco styczności z BG2, ale nie na tyle żeby dojść do jakiejś własnej opinii. Mam chociaż co teraz nadrabiać tym bardziej, iż wielu ciekawych nowych gier na horyzoncie też za bardzo nie widać (uogulniając). Aktualnie zabrałem się za BG1 z dodatkiem, prawdopodobnie za 2-3 miesiące (znając me tempo gry) pojawi się tu moja opinia a w rankingu urodzi się kolejna pozycja :).

(pomimo identycznych not kolejność nie jest przypadkowa!)

01. Fallout 2 9/10 [cRPG]
02. Fallout 9/10 [cRPG]
03. Planescape: Torment   
9/10 [cRPG]
04. Arcanum: oS&MO   
9-/10 [cRPG]
05. Drakensang      
7+/10 [cRPG]
06. Wiedźmin          
7+/10
[cRPG/h&s]
07. Gothic          
7+/10
[action-RPG]
08. Divine Divinity 
7/10 [cRPG/h&s]
09. Mass Effect       
7-/10 [action-RPG/TPS]
10. Fallout 3 7-/10 [action-RPG/FPS]
11. Fable 6+/10 [action-RPG/arcade]
12. TES4: Oblivion 5/10 [action-RPG/slasher]
13. Two Worlds 3+/10 [action-RPG]